W dziecinne moje cudne lata
Nieraz dziecinne ucho słyszało
Jaką — od ojców prawdę — niecałą,
Jako dyjament z innego świata,
Dziwnie błyszczącego.
0 komentarzy ›
W ciemnościach postać mi stoi matczyna,
Niby idąca ku tęczowej bramie.
Jej odwrócona twarz patrzy przez ramie,
I w oczach widać, że patrzy na syna.
0 komentarzy ›
Chciałbym, ażeby tu wpisane słowo, Lecz słowo martwe. – Ale wy jesteście Paryż, d. 29 czerwca 1841 r.
Jeśli na wieki ma słowem pozostać;
Aby słów miało nieśmiertelnych postać
Albo posągów piękność marmurową -
Lub jak Walkhirie, co noszą nad głową
Wieniec z piorunów i we krwi szeleszczą;
Chciałbym, ażeby miało taką wieszczą
Groźbę i skrzydła i twarz piorunową.
Jako Walkhirie z północy przybyłe,
Pod wasze stopy rzucimy niewieście
Grobowce nasze. – A wy na mogiłę
Wstąpcie – a kto wart życia – tego wskrzeście.
Gotują się na powstanie, Potrzeba pierwej, mospanie, Obliczyli i bez sprzeczek, Toż to są ludzie, mospanie, Toż to ludzie w Bożostanie, Toż to jest, mospanie, śliczny Wprawdzie jakiś tam półgłówek Przez warty obluzowanie
Pobłogosław, Panie Boże,
Tak jako kaczki za morze
Wybierają się – na wroga
Już! już! vivat Poznańczanie!
Obliczyć, wielu nas stanie
I na koniach, i bez koni,
I trzeba zakupić broni,
I haj! vivat Poznańczanie!
Co jest w Polakach nie lada,
Że kupić broni wypada,
Broni na takie powstanie
Aż całych trzydzieści beczek.
Prawdziwe światu lamparty,
Gdy się bić, to nie na żarty,
To nie muchy bić na ścianie,
Lecz łby! – vivat Poznańczanie!
A pełni są ekonomii,
Bo chociaż chcą antynomii,
To mają też i poznanie,
Że źle, jak broni nie stanie.
Do polskiej dawnej natury
Przylew: mysł filozoficzny,
Mysł filozoficzny, który
Radzi – ostrożnie i z góry…
Krzyknął na radzie wojennej,
Że można broni kamiennej
Użyć – albo dubeltówek,
Chciał zdradzić – szelma półgłówek.
Śmielszy, ów syn sukisynów,
Radził dostać karabinów
I zaraz zacząć strzelanie
Krzycząc: Vivat Poznańczanie!
Co nam zdrady! – jest u nas kolumna w Warszawie, Więc lada dzień – a nędza sprężyny dociśnie, A miasto co? Słuchając z wyciągniętą szyją A wtem jeden z tych wrzasków, od których natura Jeszcze się ta harmonia nie zakończy senna,
Na której usiadają podróżne żurawie
Spotkawszy jej liściane czoło śród obłoka,
Taka zapraszająca i taka wysoka.
Za tą kolumną, we mgły tęczowe ubrana,
Stoi trójca świecących wież Świętego Jana;
Dalej ciemna ulica, a z niej jakieś szare
Wygląda w perspektywie sinej Miasto Stare;
A dalej we mgle, która na rynku się mroczy,
Dwa okna, jak zielone Kilińskiego oczy,
Uderzone płomieniem ognistej latarni,
Niby oczy cichego upiora spod darni.
To naprzód tam na rynku para oczu błyśnie
I spojrzy w Świętojańską na przestrzał ulicę,
A potem się poruszą matki-kamiennice,
A za kamiennicami przez niebios otchłanie
Przyjdzie zorza północna i nad miastem stanie;
A za zorzą wiatr dziwne miotający blaski
Porwie te wszystkie zemsty i te wszystkie wrzaski,
Wicher jakiś z aniołów rozigrany Pańskich,
Oderwany jak skrzydło z widzeń Świętojańskich,
Przezroczysty jak brylant, a jak ogień złoty,
Który porwie te zemsty – te światła – te grzmoty,
Zwinie i niemi ciemną ulicę zależę,
Jako brąz w niej zakipi, zaświśnie jak węże
I naprze tak, że będzie trzęsąca się cała,
Jako wół sycylijski na miasto ryczała.
Powie, że tam się ciemni aniołowie biją,
Że tam szatan ogniste przywoławszy moce
Koń swój brązowy ciska i piorun gruchoce,
Że jako Machabeusz pod zwalonym słoniem
Tak szewce pod piorunem padają i koniem
Zgruchotani, że księżyc na niebie odkryty
Pokaże tę ulicę pustą, lud wybity,
Piorun zagasły, walkę okropnie skończoną,
Ulicę całą ciemną i krwią zadymioną.
Cofa się – jedno vivat szewieckie i hura,
Jeden z tych krzyków, które czynią, że skrzydlata
Natura ducha w piersiach tak jak ptaszek lata,
Że duch na ustach staje, a już nie jest zdolny,
Ażeby śmiech powstrzymał i płacz mimowolny;
Jeden z tych krzyków, który wstąpiwszy w człowieka
Tak śpiewa w nim jak anioł, a jak szatan szczeka;
Jeden z tych krzyków z szumem gwałtownym, nawalnym
Uderzy, na kościele pęknie katedralnym,
Pójdzie dalej, lecz skrzydłem o kościół otarty,
Kamienie w nim wrzeszczące zostawi jak czarty
I szklanne inne głosy, które zmartwychwstanie
Zapieją, jak anioły związane w organie.
A już kolumna z placu jak struna kamienna
Tym samym wichrem tarta, z rozwahanem czołem,
Prym weźmie przed chóralnym w ciemnościach kościołem
I odtąd te dwa głosy już bez odpoczynku
Będą miastu głosiły lud idący z Rynku.
Jeśliż ma ta ulica taką ciasną szyję,
Że z niej by słowo wiało, to jak z działa bije;
Jeśliż lada noc, a z niej wystrzeli powstanie
I w proch tego rozerwie, kto na rychcie stanie;
Jeśliż w niej wiatr jest taki, że śród nocnych cieni
Muzykę niewidzialną wyrywa z kamieni,
A kolumny na swoje muzy kanty stroi:
To człowiek, który zawsze o zdradę się boi
A wszędzie widzi tylko postrachu upiory,
Albo dzieckiem być musi, lub na serce chory.
Na ustach moich węgiel położył czerwony, Narody ziemskie! kiedy was porażą, A naprzód temu, co krew waszą leje Trzy przekleństwa posyłam i duch proroczy, Miałem lutnię, co siedem strun miała i widła. Bowiem nie mogła wydrzeć nic grobowi, A więc zerwałem naprzód dwie weselne Zerwałem drugie dwie, co sto tysięcy Zerwałem trzecie dwie, jak echo skały Została jedna ta, co teraz woła: [1837]
Obrócił na północ twarzą
I kazał prorokować hymn wrący, szalony.
Kiedy stracicie nadzieje,
Słuchajcie wieszczów – byście wiedzieli, co każą.
Przez usta, piersi i skórę, i oczy,
I znużony jest zemstą, i nie mdleje,
Co ma jak szatan, szpony ogniste i skrzydła,
I robaczliwy ząb, co trupy toczy.
Na nich był patyk złoty, gdzie łabędziowi
Duszy mojej spoczynek był – lecz mi obrzydła;
Nawet pamiątek tych, co nieśmiertelne
Powinny być – a są podobne snowi.
Struny na lutni tej i nigdy więcéj
Już nie obudzę ich – bo są bezczelne.
Wyrazów słodkich, miłych, miłosnych umiały
I uśpić smutne serce umiały najpręcéj.
Powtarzające wszystko, co słyszą dokoła,
Albowiem wszystko płacz, co usłyszały.
O! wy, co w prochu myśli mażecie i serca,
Z tych serc otrzyjcie rdzę – podnieście czoła!
Polecamy
Copyright © 2007-2011 e-Życzenia.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Kontakt
