[Do A. Czartoryskiego] Ty głos cierpiący podnieś — i niech w tobie Mów, otwórz drogi Świętemu Duchowi, Stój! stój! — gdy przyjdzie w powietrzu ów święty, Nie mów — leniwych duchów nie budź rzeszy, Biada tym, które koniec znajdzie świata,
Krzyknie i naraz poważnie zaśpiewa
Wszystko, co naród sądził, że śpi w grobie
Albo się ze krwią ludzką w krew przelewa.
Bo nie ten, który z rdzy pancerz oskrobie
Albo w mogiły dawnej zajrzy trzewa,
A prochom dawny spoczynek naruszy,
Wiek pomknie — lecz ten, kto się dotknie duszy.
Mów, a do niebios bożych pokaż wrota;
Cały się naród z ducha niech wysłowi,
Cały o przyszłość niech się zakłopota;
Niech dusze kładą za siebie, aż nowi
Obaczą się tu, jaśni jak spod młota
Myncarni złoto wychodzi świecące,
Jagnięta pańskie na słonecznej łące.
Wróci raj, naszą utracony winą,
Liczyć zaczniemy rok na nowo zaczęty
Z Panem w jasnościach; pieśni nawet miną,
Poganie ducha pójdą ze zwierzęty
Otaczać obóz ducha, lecz poginą:
Światłość je miasta świętego uderzy,
Odejmie im głos, wzrost grobami zmierzy.
Bobyś obudził ogień nienawiści;
Kto grzeszny teraz, niechaj jeszcze grzeszy,
A kto jest czysty, niech się jeszcze czyści.
Czas bliski, który święte z nas pocieszy,
A złymi pogna jak wiatr chmurą liści;
I będą się jak zwiędły liść sypali
W czasie jeziora, które duch zapali.
Że jeszcze ciała takie, jak my, noszą;
Biada tym, które raz przez ogień kata
Dla prawdy bożej nie przeszły z rozkoszą;
Biada tym, którzy chcą jednego lata
Owoców, a o męczeństwo nie proszą,
A o dar ducha do nieba kołacą
Jak ty, nie wziąwszy go czynem i pracą.
To było w duchu, Ojcze! a tymczasem Gdziekolwiek jest duch – kościół, który krwawo Oto nam kazał kornie stać na dole,
Myśli me wstały z ogromnym hałasem,
Tak jako morza, gdy pod wiatrem stają
A bałwanami ku słońcu błyskają.
Rozum mój przejrzał – wiedzą się zapalił,
Gdybym był duchem, byłbym świat rozwalił,
Serca bym przeszył – gdybym łuk natężył,
I byłbym walczył – i byłbym zwyciężył,
Ale mię przestrach zatrzymał na drodze
I skruszył… Ojcze! do Ciebie przychodzę.
Pracował – pierwsze ma do niego prawo.
Jemu należą – ognie, co po ziemi
Chodzą – jak wichry z języki złotemi.
On pierwszy niech ma z sił Pańskich użytek,
W nas to jest uczta za wczesna i zbytek.
Jeszcześmy z ciała nie obmyci brudów,
Jeszcze bez prawa na pasterstwo ludów,
Jeszcze maleńcy… sam prorok boży
W prawdę – fałsz miesza i fałsz myśli mnoży…
A uszanować ślepo Boga wolę,
Jedni więc pełni wnętrznych zarozumień
Weszli do własnych ciał – i własnych sumień,
A tam znaleźli – grzechy i rozpacze,
Różne tej woli niebieskiej tłomacze,
W swych wolach ducha jak w morzu zgubieni.
Drudzy szelestów myślą przerażeni,
Bez żadnej gwiazdy, która by je wiodła
Do myśli Pańskich, do samego źrzodła,
Prawdy dumnego uchyliwszy rogu
Dziś: przy człowieku stoją jak przy Bogu,
Podobni chcąc być do ślepych puchaczy,
I nic nie widzą – a on im tłomaczy.
Ty, Ojcze, osądź – takiego kierunku
Czyli nam wolno – nam na posterunku
Stojącym zbrojnie ojczyzny aniołom.
Sądź – lecz nie słowem – siłę daj kościołom.
Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami, Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie, Ale kiedyś – o smętnych losach zadumany Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei Co do mnie – ja zostawiam maleńką tu drużbę Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień – z duchami -
A jak gdyby tu szczęście było – idę smętny.
Ani dla mojej lutni – ani dla imienia; -
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył – siedziałem na maszcie,
A gdy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę…
Mojej biednej ojczyzny – przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.
I biedne moje serce spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą -
Tak się matkom wypłaca świat – gdy proch odniesie…
I zapiją mój pogrzeb – oraz własną biedę;
Jeżeli będę duchem – to się im pokaże,
Jeśli mię Bóg uwolni od męki – nie przyjdę…
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba – na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się mieć tu – niepłakaną trumnę.
Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionej łodzi,
I tak cicho odlecieć – jak duch, gdy odlata?
Co mnie żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.
Ten sam duchowi płomienny szlak, A tam gdzieś ludu słowiański syn Niebo — jak w kwiatkach błękitny len, On wie, co wielki znaczy się lud,
Ten sam słowiański orzeł o lew,
Tam gdzieś na wiedźmie Krokt czy Krak,
Ścierwo — orłowie — ogień i krew.
W zagrodzie swojej w modlitwie śni
Niebo — jak złotych aniołów gmin,
Wieczność — jak złotych tysiące dni.
Przyszła ojczyzna piękna — jak sen,
Bo on nie sławy, lecz słowa syn,
Nie padnie, on krwi szanuje czyn,
A czyn najwyższy — odda za cud.
Idea wiary nowej rozwinięta, Mały ja, biedny, ale serce moje Za to spokojność już mam i mieć będę, Chociaż usłyszę głosy urągania, Widzę wchód jeden tylko otworzony Drugi raz pokój dany jest na ziemi Lecz tym, co idą — nie przez czarnoksięstwa, Z pokorą teraz padam na kolana, 1842 r. 14 maja.
W błyśnieniu jednym zmartwychwstała we mnie
Cała, gotowa do czynu i święta;
Więc niedaremnie, o! nienadaremnie
Snu śmiertelnego porzuciłem łoże.
Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!
Może pomieścić ludzi milijony.
Ci wszyscy ze mnie będą mieli zbroje —
I ze mnie piorun mieć będą czerwony,
I z mego szczęścia do szczęścia podnoże.
Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!
I będę wieczny — jak te, które wskrzeszę —
I będę mocny — jak to, co zdobędę —
I będę szczęsny — jak to, co pocieszę —
I będę stworzon — jak rzecz, którą stworzę.
Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!
Nie dbam, czy wzrastać będą — czy ucichać…
Jest to w godzinie wielkiej zmartwychwstania
Szmer kości, który na smentarzach słychać.
Lecz się umarłych zgrają nie zatrwożę.
Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!
I drogę ducha tylko jednobramną…
Trzymając w górę palec podniesiony
Idę z przestrogą — kto żyw — pójdzie za mną…
Pójdzie — chociażbym wszedłszy szedł przez morze…
Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!
Tym, którzy miłość mają i ofiarę…
Dane zwycięstwo jest nad umarłemi,
Dano jest wskrzeszać tych, co mają wiarę…
Na reszcie trumien — Ja — pieczęć położę.
Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!
Ale przez wiarę — dam, co sam Bóg daje:
W ich usta włożę komendę zwycięstwa,
W ich oczy — ten wzrok, co zdobywa kraje —
Ten wzrok, któremu nic dotrwać nie może.
Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!
Abym wstał silnym Boga robotnikiem.
Gdy wstanę — mój głos będzie głosem Pana,
Mój krzyk — ojczyzny całej będzie krzykiem,
Mój duch — aniołem, co wszystko przemoże.
Tak mi dopomóż, Chryste Panie Boże!
Takiego ludów w sobie przerażenia Takiego strachu, gdyby nawet z cienia Nawet gdy anioł zniesie i postawi Jako Pan, który murów nie dziurawi,
Nie mają w sobie ścinające miecze,
Tak nie uderzy na słuchy człowiecze
Głos, gdyby nawet wychodził z kamienia.
Umarły człowiek zaświecił – nie sprawi,
Umarły nawet człowiek gdy się zjawi
Z cichością trupa – chodu i spojrzenia.
W powietrzu ciemnym [?] na kształt błyskawicy
Głowę Świętego Jana na miednicy,
Takiego strachu ducha nie nabawi,
Ale jak złodziej przychodzący zdradnie
Z szelestem ciebie ogniami napadnie,
Oświeci – potrwa – zlęka – i zostawi.
Polecamy
Copyright © 2007-2011 e-Życzenia.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Kontakt
