Wyjątek z “Boskiej Komedii” Dante z Wergiliuszem zstępują do piekła.
Przeszedłszy jego różne oddziały i przypatrzywszy się rozmaitym karom,
spotykają Ugolina; ten zapytany od Dantego opowiada mu, jak był z
dziećmi głodem zamorzony. Z PIEŚNI III Te słowa ryte na bramie czernieją, Rzekł, przyjacielską rękę mi podaje, Z PIEŚNI XXXII PIEŚń XXXIII Jest w głębi wieży podziemna pieczara, Skończył i dziko wywróciwszy oczy,
Przeze mnie droga w miasto utrapienia;
Przeze mnie droga w wiekuiste męki;
Przeze mnie droga w naród zatracenia;
Jam dzieło wielkiej, sprawiedliwej ręki.
Wzniosła mię z gruntu potęga wszechwłodna,
Mądrość najwyższa, miłość pierworodna:
Kto wchodzi do mnie, żegna się z nadzieją.
Ich treść, o! Mistrzu, jest dla mnie tajemną,
On głosem zwykłym świadomej osobie:
“Tu – rzecze – z marnych wyzuj się przestrachów,
Wszystko, co podłe, niechaj zamrze w tobie;
Spuścić się mamy do wieczności gmachów
I napotkamy tłumy niezliczone,
Wiekuistego światła pozbawione”.
Dobrotliwymi zachęca uśmiechy.
Uczułem w sercu wzruszenie pociechy
I wszedłem śmiało w tajemnicze kraje.
Stamtąd wzdychania, żale i okrzyki
Szumią śród nocy bez gwiazd i księżyca:
Słucham, i łzami nabiegła źrenica.
Okropny hałas, tysiączne języki,
Wybuchy gniewu, szlochania boleści,
I wycie mężów, i lament niewieści!
Zgiełk przeraźliwy tak rozlicznych wrzasków
To wre na przemian, to się społem zetrze:
Jako tumany afrykańskich piasków,
Kiedy się zerwą i zmącą powietrze.
KONIEC
Gdy z miejsc okropnych szukamy przechodu,
Dwóch potępieńców ujrzałem w parowie:
Wyższy niższemu głową legł na głowie;
A jak łakomie szarpiemy chleb z głodu,
Tak on zatopiłkły w ciało sąsiada,
Tam, kędy czaszka do barków przypada.
Nie z takim gniewem Tydej zemstą ślepy
Menalipowej głowy gryzł czerepy,
Jak on swą zdobycz żuje i wysysa.
“Człowieku – rzekłem – co paszczą tygrysa
Mścisz się nad wroga nienawistną głową,
Powiedz mi, jakie masz zemsty powody,
A ja ci moją odpłacę wymową
Kiedyś pomiędzy ziemskimi narody,
Jeśli mię Pan Bóg żywcem stąd wydźwignie,
A język w ustach moich nie zastygnie”.
Od strawy dzikiej oderwał paszczękę
Ów potępieniec, i krew z ust ocierał
Włosami czaszki, której mózg pożerał,
I mówi: “Srogą chcesz odnawiać mękę;
Serce mi pęka, nim usta otwieram.
Lecz gdy ze słów mych, jak z nasion, dojrzeje
Hańba dla zdrajcy, którego pożeram,
Słuchaj, wypowiem, wypłaczę me dzieje.
Nie wiem, kto jesteś, przez jaki cud nowy
Zaszedłeś do nas, lecz po dźwięku mowy
Poznaję w tobie Włocha, Florentina:
Widzisz przed sobą hrabię Ugolina;
A ten, co teraz jest mej zemsty łupem,
Zwał się Rudżiery, był arcybiskupem.
Jak mię w zdradzieckie usidlono słowa,
Jak nieostrożnie wpadłem w jego ręce.
Nie warto mówić, bo rzecz nie jest nowa,
Lecz o mym zgonie, o mej strasznej męce.
Jeśli nikt wieścią uszu twych nie skaził,
Słuchaj i osądż, – czy on mnie obraził?
Sławna mym zgonem; dziś może w niej jęczy
Na nowo jaka niewinna ofiara.
Tam oknem, witym z żelaznych obręczy,
Widziałem mnogich księżyców oblicze,
Aż mnie raz we śnie przywidziana mara
Zdarła przyszłości chmury tajemnicze.
Przyśniło mi się, że biskup zawzięty
Polował wilka z małymi wilczęty,
Na owej górze, co wzniosłymi szranki
Z pizańską ziemią i Luką graniczy.
Już chudą psiarnię zemkniono ze smyczy;
Hrabia Gwalandi, Sismondi, Lafranki
Szczują na czele, zdobycz będzie łatwa:
Już wilk znużone zatrzymuje kroki,
Upada wreszcie i ojciec, i dziatwa;
I widzę kłami rozprute ich boki.
Budzę się! jeszcze noc nie zeszła z nieba,
Już moje dziatki, wspólniki niewoli,
Szlochają przez sen i wołają: chleba!
O, jeśli dotąd serce ci nie boli.
Kiedy pomyślisz, co się we mnie działo
I co me serce nadal przeczuwało,
Jeśli nie płaczesz, któż ci łzy wyciśnie?
Budzą się dzieci; wkrótce chwila błyśnie,
W której nam zwykle udzielano strawy;
Lecz na sen pomnąc truchlałem z obawy,
Wtem z bram więzienia łoskot mię doleci -
Zamurowano! – Spojrzałem na dzieci,
Spojrzałem z niemej wyrazem rozpaczy;
A w głębi serca czułem mróz jak w grobie.
Gwido mój mały wołał: “Co to znaczy?
Tak dziko patrzysz? ojcze mój, co tobie?”
Nie mogłem mówić ni łzy z oczu dostać;
Milczałem – długo – aż do nocy końca.
Nazajutrz do nas zbłądził promyk słońca
I w twarzach dzieci ujrzałem mą postać;
Natenczas z bolu gryzłem obie ręce.
Synowie myśląc, że mię głód tak pali.
Łamiąc rączęta, ze łzami wołali:
“Ojcze kochany, ulżyj twojej męce,
Zjedz twoje dzieci, tyś nas ubrał w ciało.
Tobie nas biednych rozebrać przystało”.
Musiałem milczeć i ból w sobie morzyć,
Wkrótce i mowa w ustach nam zamarła!
Jęczyć nie śmiałem, by dzieci nie trwożyć.
O! ziemio, czemuś ty nas nie pożarła!
Weszło czwartego dnia światło zabojcze,
Anzelmek mały przywlekł się pod nogi
I rozciągniony wołał: “Ojcze drogi!
Ach, czemu ty nas nie ratujesz, ojcze?”
Wołał i skonał! – Jak mnie tu widzicie,
Tak ja widziałem wszystkie dzieci moje,
Jedno po drugim, – wszystkich było troje,
Wszystkie u nóg mych zakończyły życie.
Od zwłok jednego do drugiego biegłem,
Ślepy na trupach potknąwszy się ległem,
Dzień jeszcze siódmy do słońca zachodu
Krzyczałem z żalu, a na koniec – z głodu,
Bo głód był jeszcze sroższy od żałości”.
Na nowo usta w krwawą czaszkę broczy,
I jak pies, zębem zgrzytając, rwie kości.
On wojuje – rok upłynął, Książę ucztujc we dworze, Jej źrenice, błyskawice, Matka troszczy się i biedzi, Swadźba jedzie szumnie, tłumnie. Ksiądz w konfesjonale siedzi, Przyszła kuma, widma stara: Włosy jego w węża splącz, Panna grzeszy – jeździec śpieszy, Ucichł, usnął dwór zamkowy. Skrzypnęły dolne podwoje, Słodko, prędko czas ucieka. Miesiąc świeci – jeździec leci Rumak polem jak wiatr niesie, W cwał, mój koniu, koniu, w cwał! - Gdzie mnie wieziesz? – Gdzie? do domu. - Mój kochanku, konia wstrzymaj, Nie, to jest Ołtarzyk Złoty. Koń, jak gdyby zbył ciężaru, Lecą bagnem przez manowiec, - Mój kochanku, co za droga? W cwał, mój koniu, koniu, w cwał! - Mój kochanku, wstrzymaj wodze! - Sznur przeklęty! sznur znienacka Koń, jak gdyby pozbył trwogi, - Co to za smętarz? mój miły? - Stój, mój koniu, koniu, stój! - Czegoś stanął, mój kochanku? Jaki masz tam ćwiek ze stali? - Krzyż na ziemię padł i zniknął, Ksiądz nad grobem długo stał
On nie wraca – może zginął.
Panno, szkoda młodych lat,
Od Książęcia jedzie swat.
A Panna płacze w komorze.
Dziś jak dwie mętne krynice;
Jej lica, pełnia księżyca,
Dziś nikną, jak księżyc w nowiu;
Biada wdziękom, biada zdrowiu!
Książę dał na zapowiedzi.
Nie powiozą do ołtarza,
Powiozą mię do smętarza,
A pościelą chyba w trumnie.
Ja umrę, gdy on nie żyje,
Ciebie, matko, żal zabije.
Czas, o córko, do spowiedzi.
Wypędź księdza, wypędź klechę,
Bóg i wiara, sen i mara,
Kuma w biedzie ma pociechę,
Kuma stara umie wiele,
Ma kwiat paproć i car ziele,
A ty masz kochanka dary:
Przyszłam zrobić możne czary.
Dwie obrączki razem złącz,
Z lewej ręki krwi usącz;
A na węża będziem kląć,
W dwie obrączki będziem dąć;
Musi przyjść i ciebie wziąć.
Klęto ducha – klątwy słucha;
Już odemknął zimny gmach:
Panno, Panno, czy nie strach?
Panna czuwa. – Na zegarze
Bije północ, – milczą straże,
Panna słyszy – dźwięk podkowy,
Brytan, jakby głosu nie miał,
Zawył z cicha i oniemiał.
Stąpa ktoś w przysionkach długich,
I otwiera się drzwi troje,
Troje drzwi jedne po drugich.
Wchodzi jeździec cały w bieli
I usiada na pościeli.
Wtem koń zarżał, jękła sowa,
Zegar wybił. – “Bywaj zdrowa!
Koń mój zarżał. koń mój czeka;
Albo wstawaj, na koń siądź
I na wieki moją bądź.
Po zaroślach i po krzach:
Panno, Panno, czy nie strach?
Niesie lasem, – głucho w lesie;
Tu i owdzie wystraszona
W suchej jodle kracze wrona.
Po łozach wilcze źrenice
Migają się jako świéce.
Miesiąc na dół schodzi z chmur,
A nim zejdzie miesiąc z chmur,
Mamy sadzić dziesięć skał,
Dziesięć rzek i dziewięć gór;
Za godzinę pieje kur.
Dom mój na górze Mendoga,
W dzień otwarta wszystkim droga,
W nocy jeździm po kryjomu.
- Czy masz zamek? – Tak jest, zamek,
I zamczysty, choć bez klamek.
Ledwie dosiedzę na łęku. -
- Moja luba, siodła imaj
Prawą ręką – co masz w ręku?
Czy to worek do roboty? -
- Nie czas wstrzymać, pogoń bieży,
Słyszysz pogoń, tętnią błonia;
Już przed koniem przepaść leży,
Rzucaj książkę, puszczam konia.
Przemknął dziesięć sążni jaru.
Pusto wkoło. Błędny ognik
Tuż przed nimi, jak przewodnik,
Od grobowca na grobowiec
Przelatuje; gdzie przeleci,
Ślad błękitny za nim świeci,
A tym śladem jeździec leci.
Tu nie znać śladu człowieka. -
- Dobra droga, kiedy trwoga;
Krzywo jedzie, kto ucieka.
Śladów nie masz do mych włości,
Bo nie wpuszczam pieszych gości:
Bogatego wiozą cugi,
Ubogiego niosą sługi.
Błyska zorza z wschodnich stron,
Za godzinę bije dzwon.
Nim uderzy ranny dzwon,
Mamy sadzić parę skał,
Parę rzek i parę gór:
Za godzinę drugi kur.
Koń się lęka, bokiem sadzi,
Pełno skał i drzew na drodze,
Koń o drzewo mię zawadzi. -
- Moja luba, jakie sznurki,
Jakie wiszą tam kieszonki? -
- Mój kochanku, to paciórki,
To szkaplerze i koronki. -
Rumakowi miga w oczy,
Patrz, jak zadrżał, bokiem skoczy.
Moja luba, rzuć te cacka!
Ubiegł prosto pięć mil drogi.
- To mur, co mych zamków strzeże. -
- A te krzyże, te mogiły? -
- To nie krzyże, to są wieże.
Mur przeskoczym, przejdziem progi,
Tu na wieki koniec drogi.
Przebyłeś, nim zapiał kur,
Tyle rzek, i skał, i gór,
A tuś zadrżał, koniu mój?
Wiem ja, koniu, czego drżysz:
Mnie i tobie boli krzyż.
Zimna rosa mię spłukała,
Zimno wieje wiatr poranku,
Okryj płaszczem, bo drżę cała. -
- Moja luba, przytul skronie!
Na twych piersiach głowę złożę.
Głowa moja ogniem płonie
I kamienie ogrzać może.
- To krzyżyk, co matka dała.
- Ten krzyżyk ostry, jak strzała,
Twarz mi rani, skronie pali.
Precz mi z tym ćwiekiem ze stali!
Jeździec Pannę wpoły ścisnął,
Z oczu i z ust ogniem błysnął,
Rumak ludzkim śmiechem ryknął.
Przeskoczyli cwałem mury,
Biją dzwony, pieją kury.
Nim ksiądz przyszedł na mszę ranną,
Zniknął koń z jeźdzcem i Panną.
Na smentarzu cisza była,
Stoją krzyże, głazy leżą:
Jedna bez krzyża mogiła
I ziemia ruszona świeżo.
I mszę za dwie dusze miał.
Uciec z duszą na listek i jak motyl szukać
Tam domku i gniazdeczka -
0 komentarzy ›
Stary Budrys trzech synów, tęgich jak sam Litwinów, Bo mówiono mi w Wilnie, że otrąbią niemylnie Wyście krzepcy i zdrowi, jedzcie służyć krajowi, Jeden z waszych biec musi za Olgierdem ku Rusi, Niech zaciągnie się drugi w księdza Kiejstuta cugi, Za Skirgiełłem niech trzeci poza Niemen przeleci; Bo nad wszystkich ziem branki milsze Laszki kochanki, Stamtąd ja przed półwiekiem, gdym był młodym człowiekiem, Taką dawszy przestrogę, błogosławił na drogę; Po śnieżystej zamieci do wsi zbrojny mąż leci, Po śnieżystej zamieci do wsi zbrojny mąż leci, Po śnieżystej zamieci do wsi jedzie mąż trzeci,
Na dziedziniec przyzywa i rzecze:
“Wyprowadźcie rumaki i narządźcie kulbaki,
A wyostrzcie i groty, i miecze.
Trzy wyprawy na świata trzy strony:
Olgierd ruskie posady, Skirgiełł Lachy sąsiady,
A ksiądz Kiejstut napadnie Teutony.
Niech litewskie prowadzą was Bogi;
Tego roku nie jadę, lecz jadącym dam radę:
Trzej jesteście i macie trzy drogi.
Ponad Ilmen, pod mur Nowogrodu;
Tam sobole ogony i srebrzyste zasłony,
I u kupców tam dziengi jak lodu.
Niechaj tępi Krzyżaki psubraty;
Tam bursztynów jak piasku, sukna cudnego blasku
I kapłańskie w brylantach ornaty.
Nędzne znajdzie tam sprzęty domowe,
Ale za to wybierze dobre szable, puklerze
I innie stamtąd przywiezie synowę.
Wesolutkie jak młode koteczki,
Lice bielsze od mleka, z czarną rzęsą powieka,
Oczy błyszczą się jak dwie gwiazdeczki.
Laszkę sobie przywiozłem za żonę;
A choć ona już w grobie, jeszcze dotąd ją sobie
Przypominam, gdy spojrzę w tę stronę.
Oni wsiedli, broń wzięli, pobiegli.
Idzie jesień i zima, synów nié ma i nié ma,
Budrys myślał, że w boju polegli.
A pod burką wielkiego coś chowa.
“Ej, to kubeł, w tym kuble nowogrodzkie są ruble?”
- “Nie, mój ojcze, to Laszka synowa”.
A pod burką wielkiego coś chowa.
“Pewnie z Niemiec, mój synu, wieziesz kubeł bursztynu?”
- “Nie, mój ojcze, to Laszka synowa”.
Burka pełna, zdobyczy tam wiele,
Lecz nim zdobycz pokazał, stary Budrys już kazał
Prosić gości na trzecie wesele.
Z naszych poetów Litwy jeden bard Antoni “W przeznaczeniach tych koni była jakaś tajnia. Roku 1832
Miał trójkę koni.
Pamięć ich na ówczesnym została Parnasie
Tak żywa, że dziś mógłbym skryślić ich rysopis.
Nie dziw tedy, że gdy się wczora rozgadało
O dawnych rzeczach i o owym czasie,
Zapytałem: “Co się też z tymi końmi stało?”
Na to mi odpowiedział w te słowa Bajkopis:
Postawiono je razem na obroku:
A po roku
Jeden drugiego nie mógł znieść ani widoku.
Chociaż żłób długi i przestronna stajnia,
Wszędzie im ciasno, wieczne parskania i bitki.
Musiałem w końcu sprzedać każdego z osobna.
Ale cóż stąd? Wyroków zmienić nie podobna!
Znów kacap jeden sprzągł je do swojej kibitki.
Zaledwie z miejsca, znowu pełno krzyku.
“Hej – zarżał Lezgin – ty w lewo, kucyku,
Precz z pyskiem, wiedz, że nie dam sobie dąć w wędzidło!”
A Heciak: “Wej, ciarachy! dyć i my nie bydło;
Nie targajta, bo żgniema, że będzieta chramać!”
Wtem Kozak: “Ciszej, Lachy, wara dyszel łamać!
Nie buszujcie, niechaj no znajdziem się przy żłobie,
Oj, dam ja wam!” A oni; “Oj. damyż my tobie!”
Nuż wierzgać jak w najlepsze. Kacap do batoga
I z góry wzdłuż jak świśnie naprzód w Zaporoga,
Potem z boków raz po raz po Lezgu, po Chłopie, -
Nie było czasu brykać. Rwą w pełnym galopie
Trzy mile ukraińskie ku pocztowej szopie.
Rade, że w końcu, zatrzymawszy sanki,
Kacap dał im odetchnąć i wsypał trzęsianki.
Jadły razem, o kłótniach nie było i wzmianki.
Tak się tajnia tych koni odkryła przed światem;
Kłócą się nad obrokiem, godzą się pod batem.
Spójrzyj, Marylo, gdzie się kończą gaje, Tuż stara cerkiew, w niej puszczyk i sowy, Czy tam bies siedział, czy dusza zaklęta, Bo skoro północ nawlecze zasłony, Czasami płomyk okaże się blady, Raz trup po drodze bez głowy się toczy, Albo wilk bieży; pragniesz go odegnać, Każdy podróżny oglądał te zgrozy Ja, chociaż, pomnę, nieraz Andrzej stary Raz, gdy do Ruty jadę w czas noclegu, Stoją, a potem skoczą z całej mocy, Ledwiem dokończył, aż straszna martwica Chciałem uciekać, padłem zalękniony, “Ktokolwiek jesteś, poczciwy człowieku, Widzisz przed sobą obraz grzesznej duszy, Dopóki gwiazdy zejdą i dopóki Onego czasu żyłam ja na świecie, Za życia pragnął sprawić mi wesele, Mnóstwo ich marnej pochlebiało dumie, Przybył i Józio; dwudziestą miał wiosnę, “Lecz próżno nędzny w oczach prawie znika “Ja pójdę! mówił ze łzami. “Idź sobie!” “Odtąd mi życie stało się nielube, Raz, gdy się w północ z rodzicami bawię, Porwał, udusił gęszczą dymnych kłębów, “Wiedziałaś, że się spodobało Panu Ty jakbyś w piersiach miała serce z głazu, Za taką srogość, długie, długie lata Prosił i Józio niegdyś o to słowo, Rzekł, mnie natychmiast porwały złe duchy. I w cerkwi albo na Józia mogile, Idących w błota zawiode lub w gaje, Za to ci spadnie wyroków zasłona, Skinęła tylko, widać radośc z oczek, Patrzę, aż cały wóz stoi na łące,
W prawo łóz gęsty zarostek,
W lewo się piękna dolina podaje,
Przodem rzeczułka i mostek.
Obok dzwonnicy zrąb zgniły,
A za dzwonnicą chrośniak malinowy,
A w tym chrośniaku mogiły.
Że o północnej godzinie
Nikt, jak najstarszy człowiek zapamięta,
Miejsc tych bez trwogi nie minie.
Cerkiew się z trzaskiem odmyka,
W pustej zrąbnicy dzwonią same dzwony,
W chrustach coś huczy i ksyka.
Czasem grom trzaska po gromie,
Same się z mogił ruszają pokłady
I larwy stają widomie.
To znowu głowa bez ciała;
Roztwiera gębę i wytrzyszcza oczy,
W gębie i w oczach żar pała,
Aż orlim skrzydłem wilk macha,
Dość “Zgiń, przepadnij” wyrzec i przeżegnać,
Wilk zniknie wrzeszcząc:” cha cha cha”.
I każdy musiał kląć drogę;
Ten złamał dyszel, ten wywrócił wozy,
Innemu zwichnął koń nogę.
Zaklinał, nieraz przestrzegał,
Śmiałem się z diabłów, nie wierzyłem w czary,
Tamtędym jeździł i biegał.
Na moście z końmi wóz staje,
Próżno woźnica przynagla do biegu,
“Hej!” – krzyczy, biczem zadaje.
Dyszel przy samej pękł szrubie;
Zostać na polu samemu i w nocy,
“To lubię – rzekłem – to lubię!”
Wypływa z bliskich wód toni;
Białe jej szaty, jak śnieg białe lica,
Ognisty wieniec na skroni.
Włos dębem stanął na głowie;
Krzyknę; “Niech będzie Chrystus pochwalony!”
“Na wieki wieków” – odpowie.
Coś mię zachował od męki,
Dożyj ty szczęścia i późnego wieku,
I pokój tobie, i dzięki.
Wkrótce się niebem pochlubię;
Boś ty czyscowej zbawił mię katuszy
Tym jednym słówkiem; To lubię.
We wsi kur pierwszy zapieje,
Opowiem tobie, a ty dla nauki
Opowiedz innym me dzieje.
Marylą zwana przed laty;
Ojciec mój, pierwszy urzędnik w powiecie,
Możny, poczciwy, bogaty.
A żem dostatnia i młoda,
Zbiegło się zewsząd zalotników wiele,
Posag wabił i uroda.
I to mi było do smaku,
Że kiedy w licznym kłaniano się tłumie,
Tłumem gardziłam bez braku.
Młody, cnotliwy, nieśmiały;
Obce dla niego wyrazy miłośne,
Choć czuł miłośne zapały.
Próżno i dzień, i noc płacze;
W boleściach jego dla mnie radość dzika,
Śmiech obudzały rozpacze.
Poszedł i umarł z miłości;
Tu nad rzeczułką, w tym zielonym grobie
Złożone jego są kości.
Późne uczułam wyrzuty;
Lecz ani sposób wynagrodzić zgubę,
Ani czas został pokuty.
Wzmaga się hałas, szum, świsty,
Przyleciał Józio w straszliwej postawie,
Jak potępieniec ognisty.
W czyscowe rzucił potoki,
Gdzie pośród jęku i zgrzytania zębów
Takie słyszałam wyroki:
Z męża ród tworzyć niewieści,
Na osłodzenie mężom złego stanu,
Na rozkosz, nie na boleści.
Ani cię jęki ubodły.
Nikt nie uprosił słodkiego wyrazu
Przez łzy, cierpienia i modły.
Dręcz się w czyscowej zagubie,
Póki mąż jaki z tamecznego świata
Nie powie na cię choć: lubię.
Gorzkie łzy lał nieszczęśliwy;
Prośże ty teraz; nie łzą, nie namową,
Ale przez strachy i dziwy”.
Odtąd już setny rok minie,
W dzień męczą, a noc zdejmują łańcuchy,
Rzucam ogniste głębinie;
Niebu i ziemi obrzydła,
Muszę podróżnych trwożyć w nocne chwile,
Różne udając straszydła.
Jadącym konia uskubię;
A każdy naklnie, nafuka, nałaje,
Tyś pierwszy wyrzekł: to lubię.
Przyszłość spod ciemnych wskażę chmur:
Ach! i ty poznasz Marylę; lecz ona…”
Wtem na nieszczęście zapiał kur.
Mieni się w parę cieniuchną,
Ginie, jak ginie bladawy obloczek,
Kiedy zefiry nań dmuchną.
Siadam, powoli strach mija;
Proszę za dusze w czyscu bolejące
Zmówić trzy Zdrowaś Maryja.
Polecamy
Copyright © 2007-2011 e-Życzenia.pl. Wszystkie prawa zastrzeżone. Kontakt
